Patriota.pl

Wtorek, 26 wrzesień AD 2017, dziś imieniny Cypriana, Justyny, Łucji

Patriota.pl » Dzieje » Polski cios w plecy »
Szukaj:   

Polski cios w plecy

Jestem w tej komfortowej sytuacji, że naprawdę mogę napisać to, co uważam za stosowne. Oto przywilej człowieka, jednego z wielu, wewnętrznie (bo z "zewnętrznością" różnie być może) wolnego; wolnego od odgórnych nacisków, "narodowego zapotrzebowania", wskazań ideologów oraz dociekań różnych - podobno absolutnie apolitycznych, a moim zdaniem zupełnie niepotrzebnych, wręcz szkodliwych - centralnych "IPN-ów". Dzisiaj - odrywając się od nudnej jak flaki z olejem bieżącej dyskusji na temat integracji z Unią Europejską (a tak, obie strony sporu napisały wszystko, co było do napisania: reszta to już tylko "walka o wierszówkę" i... wiadomy wynik głosowania babć klozetowych oraz zaocznych inteligentów) - proponuję uniżenie zastanowienie się nad ewentualną alternatywą dla realizowanej przez ekipę sanacyjną polityki zewnętrznej Rzeczypospolitej w latach 1938-1939.

Niewątpliwie rację mają ci, którzy twierdzą, że błąd Piłsudskiego i jego następców (w tym przede wszystkim Becka) polegał na niewłaściwym rozeznaniu kluczowego znaczenia dla nas Czechosłowacji. Problem polega jednak na tym, że w momencie rozbioru naszego południowego sąsiada właściwie żadne znaczące środowisko polityczne w Polsce nie przejęło się tym groźnym dla Państwa Polskiego faktem. Przeciwnie, tragedię Czechów wyzyskaliśmy w sposób niecny zajmując (w atmosferze, a jakże, ogólnonarodowego uniesienia) Zaolzie. Bezpieczeństwo Polski zamieniliśmy na kilka kopalń, hutę w Trzyńcu i bodajże zakład produkujący nieznane szerzej w II RP mleko w proszku. Nikt nie słuchał kilku osamotnionych realistów (oddajmy należny hołd Jędrzejowi Giertychowi) wskazujących, że wydanie we wrześniu 1938 r. wojny Niemcom w sojuszu z Czechosłowacją mogło zapobiec nieszczęściu, które dopadło nas rok później. Typowy to dla wielu moich rodaków optymizm z gatunku "jakoś to będzie". Optymizm - dopowiedzmy - powtarzalny od Konfederacji Barskiej po współczesność. Ale, cóż, stało się. W roku 1939 stanęliśmy "saute" wobec Niemców, to jest "zbrojni" w egzotyczne gwarancje anglo-francuskie z jednej strony oraz więcej niż pewną perspektywę uderzenia z kierunku wschodniego z drugiej (oczywiście nasze czynniki decyzyjne nie wyciągnęły konsekwencji z podpisanego 23 sierpnia paktu Ribbentrop-Mołotow ). Cóż, taka to była klasa polityczna. Inteligentny, ale i arogancki (fatalne połączenie w polityce "bez asa w rękawie") Beck, stetryczały Prezydent Mościcki (ostatnie próby Jego ponownego brązowienia w programie "Rewizja nadzwyczajna" przypominały ględzenie babuni przy trzaskającym kominku tudzież staromodny "harlequin"), zupełny dyletant polityczny, specjalista od "sanitariatów wolno stojących", premier Sławoj-Składkowski oraz to nasze prawdziwe nieszczęście wymachujące buławą na zjazdach podtatusiałych legionistów z IV Brygady - Wódz Naczelny Śmigły-Rydz (bohaterowie p. Prezydenta Kwaśniewskiego oraz naszych niezawodnych socjal-antykomunistów zwalczających SLD poselską śliną). Jednakże, czy nawet w tej beznadziejnej - zdawało by się - sytuacji, na "5" minut przed wybuchem wojny, nie istniała szansa na uratowanie Polski, na oszczędzenie dużemu, ludnemu, jako tako uzbrojonemu i przecież już nie najbiedniejszemu w Europie państwu losu, jaki stał się naszym udziałem kilka miesięcy czy tygodni później ? Myślę, że w zaistniałych okolicznościach, przy spodziewanym braku realnej pomocy wojskowej ze strony Francji oraz wyraźnie prowokującej Polskę do wojny Anglii (interesy Anglii są wieczne, a sojusznicy się zmieniają) oraz perspektywie uderzenie ze wschodu, należało jednak - póki to było możliwe, a było jeszcze w sierpniu 1939 r. - wycofać się z wojny między mocarstwami, czyli przyjąć, okresowo i taktycznie, postawę życzliwej neutralności w stosunku do Niemiec. W jej ramach mieściłoby się między innymi: włączenie Gdańska do Rzeszy, przeprowadzenie (choćby i 10!) eksterytorialnych autostrad przez polskie Pomorze, zdecydowane, w razie konieczności wręcz brutalne, wyciszenie propagandy antyniemieckiej w Kraju (trudno, Ojczyzna jest ważniejsza od d...kracji) , regularne dostawy żywności dla III Rzeszy, być może dostarczenie na potrzeby Wehrmachtu jakiejś polskiej ochotniczej mutacji hiszpańskiego "Division Azul" (z przeważającym wszelako udziałem mniejszości narodowych: Niemców i Ukraińców; strzeżonego Pan Bóg strzeże!) oraz... konsekwentne i bezczelne wymuszanie od Niemców dostaw pełnowartościowego sprzętu wojskowego na przyszłą (oczywiście nigdy nie braną poważnie przez Polaków pod uwagę) "krucjatę antybolszewicką" na Wschodzie. Nim przejdziemy do wyimaginowanego rozwoju wojennych wydarzeń oraz ich konsekwencji dla Polski, odpowiedzmy sobie na pytanie, czy Adolf Hitler zaryzykowałby taki układ? Otóż, w odróżnieniu od 95% Polaków uważam, że był to wprawdzie polityk wyjątkowo brutalny, cierpiący do tego na antyslawizm (bardziej jednak w odniesieniu do Czechów niż Polaków - spuścizna po austriackiej części C.K. monarchii, gdzie się urodził i wychował) , ale jednak nie wolny od swoistego (gdyż wybiórczego) realizmu i umiarkowania, które zresztą od czasu do czasu nie opuszczały go w latach ostatniej wojny (propozycje pokojowe wobec Anglii, tolerowanie "szczwanego lisa", marszałka Petain, "miękka" okupacja Danii bez przesuwania granicy na płw. Jutlandzkim, stosunkowo "lekkie" przymuszanie gen. Franco do udziału w wojnie itd.). Myślę zatem, że propozycję Polski by przyjął, gdyż - po pierwsze i ostatnie - miałby zapewniony spokój na Wschodzie przed ofensywą na Zachodzie oraz perspektywę (zresztą złudną) udziału 50-60 dywizji polskich w wojnie przeciwko ZSRR. Proszę przy tym zwrócić uwagę na pozycje wyjściowe "koalicji niemiecko-polsko-jakiejś tam" : linia od Połocka na północy (plus być może państwa bałtyckie) po niemal Kamieniec Podolski na południu, nie zaś, jak to miało miejsce w 1941 r., linia Bugu, Sanu itd. Tak, dla Hitlera lepiej było graniczyć w 1939 r. z "przyjazną", "sposobiącą się do wojny po stronie Niemiec" i obiektywnie słabszą Polską niż tolerować z musu szwendających się na granicy Prus Wschodnich, czy w Przemyślu żołnierzy równie brutalnego (i stanowiącego wielką niewiadomą) Józefa Stalina. W takim układzie spodziewany rozwój wydarzeń wyglądałby moim zdaniem następująco. Po pokojowym "spacyfikowaniu" Polski Hitler uderza na sprzymierzoną z Anglią Francję... i tu czeka go pierwsza przykra niespodzianka. Francuzi i Anglicy biją się z ogromną determinacją (Anglicy oczywiście uprzedzają niemiecką inwazję Norwegii, co fatalnie odbija się na produkcji wojennej III Rzeszy), gdyż zdają sobie sprawę, że w razie zdecydowanego sukcesu Hitlera nie mogą liczyć (ani nawet zakładać, jak to miało miejsce w roku 1940), iż zupełnie "wyautowana" Rosja niedługo przystąpi do gry (Stalin, rzecz jasna, nawet nie śni o wkroczeniu do wschodnich rejonów RP obsadzonych przez mrowie dozbrojonych przez Niemcy polskich jednostek wojskowych ; poza tym od strony Chin szachują go Japończycy).Opór aliantów nadto tężeje po stosunkowo szybkich i obfitych dostawach amerykańskiego sprzętu wojskowego (międzynarodowa finansjera nie może sobie pozwolić na absolutną przewagę w Europie Niemiec "tego zwariowanego i nieobliczalnego ").W konsekwencji front zastyga "gdzieś we Francji".Nie ma zdecydowanego przełomu w działaniach wojennych. "Im Westen nicht Neues". Jednocześnie alianci coraz częściej zerkają w stronę neutralnej Polski, dając jej niedwuznacznie do zrozumienia, że jej ewentualne wejście do wojny przeciwko Niemcom byłoby jak najbardziej pożądane. Polacy, owszem, godzą się, ale stawiają określone postulaty terytorialne. Mają ku temu podstawy: Kraj jest niezniszczony, rząd , dajmy na to, p. premiera Studnickiego rządzi z Warszawy (bardziej to komfortowa sytuacja od wycierania parysko-londyńskich hotelowych posadzek przez biedniutko-szlachetnych emigrantów ), natomiast nasz atut podstawowy, Wojsko Polskie, zdolne jest wykonać na ograniczoną skalę ofensywę. Wzięte w dwa kleszcze Niemcy kapitulują (Hitler w tym momencie jest już zapewne politycznym niebytem). Na konferencji pokojowej polska delegacja żąda Śląska Opolskiego wraz z przyległościami (zapewne po Kotlinę Kłodzką ; w geście dobrej woli przekazujemy jej południowo-zachodnią część naszym naturalnym sojusznikom - Czechom), ziem tzw. pogranicza (Babimojszczyzna, Wschowa, Milicz, zachodnie skrawki historycznej Wielkopolski, Złotów, zapewne Wałcz itd.) oraz istotnego rozszerzenia na zachód w kierunku Pomorza Środkowego (Bytów, Lębork, tereny aż po jezioro Łebsko oraz Słupsk do Polski). Ponadto bezdyskusyjnie otrzymujemy całe Prusy Wschodnie, czyniąc drobne ustępstwa terytorialne na rzecz Litwinów, którzy raz na zawsze muszą zapomnieć o pretensjach do polskiego Wilna. Tym samym brak Szczecina rekompensuje Królewiec. W ten sposób, po oczywistym zaakceptowaniu realistycznych postulatów strony polskiej przez naszych "starych-nowych" sojuszników (oczywiście żądamy więcej, tak aby móc "z żalem" ustąpić np. w sprawie "odwiecznie polskiej Jeleniej Góry") , niezniszczona Rzeczypospolita z promieniejącą Warszawą, dumnym Lwowem, pięknym Wilnem, strategicznym Królewcem, Gdańskiem, Poznaniem, Opolem i urokliwym Kłodzkiem, uzyskuje mieszany-"piastowsko-jagielloński" kształt terytorialny. Jest to państwo silne, stabilne, o ugruntowanej i wzrastającej (tu ukłon w stronę narodowców) przewadze żywiołu polskiego. Nie może być inaczej: naprawdę wygraliśmy tę wojnę!

[Aktualności] [Współczesność] [Dzieje] [Kultura] [Wiara] [Hobby]
(c) 2000-2009 Patriota.pl. Wszelkie przedruki za zgodą redakcji.

Profesjonalne statystyki odwiedzin