Patriota.pl

Wtorek, 26 wrzesień AD 2017, dziś imieniny Cypriana, Justyny, Łucji

Patriota.pl » Współczesność » Praca - dla kogo i gdzie? »
Szukaj:   

Praca - dla kogo i gdzie?

Najbardziej dolegliwym objawem kryzysu gospodarczego jest bezrobocie. Brak pracy dla wielu ludzi oznacza nie tylko degradację ekonomiczno-materialną, ale w równym stopniu kulturalną i duchową.

Każdy człowiek kształci się mając nadzieję, iż po ukończeniu edukacji i zdobyciu wymarzonego zawodu, podejmie pracę zapewniającą mu chleb i dach nad głową. Jakiegoż rozczarowania doznaje, gdy okaże się, iż na rynku pracy nie ma dla niego wolnego etatu. Co wtedy? Na początku minionej dekady ówczesny minister pracy i polityki społecznej, Jacek Kuroń wprowadził zasiłek dla bezrobotnych (tzw. kuroniówka), który przysługiwał również absolwentom. Te parę groszy było jakimś ratunkiem dla tych, którzy nie ustali w poszukiwaniu zatrudnienia; z własnego doświadczenia wiem, iż szukanie pracy wiąże się ze sporymi kosztami. Jednakże większość młodych ludzi poczuła się jak w raju: skończyli szkołę, pracować nie muszą a kasa płynie. Mając sporo wolnego czasu i nieco kasy w portfelu, oddali się bujnemu życiu towarzyskiemu. Zamiast podnosić swoje kwalifikacje, większość czasu spędzali w barach i na dyskotekach. W tym aspekcie zatem "kuroniówka" wywarła wpływ demoralizujący. Głodnemu człowiekowi nie daje się ryby, którą za chwile zje i w dalszym ciągu będzie głodny, lecz wędkę aby sam siebie wyżywił. Ogromne sumy pieniędzy zostały zmarnowane. A młodzież nauczyła się, że i bez pracy można mieć forsę. A przecież można było absolwentów, młodych i silnych ludzi, zatrudnić do robót publicznych. W Polsce jest masę rzeczy do zrobienia.

Obecnie problemy ze znalezieniem zatrudnienia mają osoby niezależnie od wykształcenia, również absolwenci wyższych uczelni. Chociaż ludzie legitymujący się wykształceniem uniwersyteckim znajdują się w korzystniejszej sytuacji. Wydawać się może, iż rozwiązanie jest tylko jedno: uczyć się. Jasne, tylko za co.

Wraz z urynkowieniem gospodarki, dosłownie jak grzyby po deszczu powstawać zaczęły prywatne szkoły wyższe. W samym tylko Poznaniu jest ich około 10. Dominującym, a właściwie jedynym kierunkiem kształcenia było zarządzanie i marketing. Miała to być odpowiedź na potrzeby rynku, wymagał nowoczesnych form zarządzania. Szybko okazało się jednak, iż wielu specjalistów od zarządzania nie może znaleźć pracy. Rynek został nasycony. Zagraniczni inwestorzy, szukając oszczędności, redukowali administrację. Natomiast zagmatwane przepisy prawne i bariery biurokratyczne blokowały rozwój rodzimej przedsiębiorczości. Świeżo upieczeni specjaliści od zarządzania po prostu nie mieli czym zarządzać. Jak mydlana bańka pękły ich marzenia o karierze menedżerów.

Ilość rzadko kiedy przechodzi w jakość. Chociaż kilkukrotnie zwiększyła się liczba studentów, to znacznie obniżył się poziom kształcenia. Może i Polacy są społeczeństwem lepiej wykształconym, ale tylko formalnie. Skoro mamy tylu magistrów, to dlaczego jest aż tak źle?

Prowadzenie wyższej uczelni traktowane jest jak biznes jak każdy inny. Liczy się głównie zysk. Wiedza stała się towarem na sprzedaż. Aby jak najwięcej zarobić, trzeba pozyskać jak najwięcej klientów czyli studentów. Obniżono zatem poprzeczkę. Droga na studia stoi otworem dla każdego, kto ma pieniądze. No i oczywiście posiada maturę. Nie trzeba nawet zdawać egzaminów wstępnych, rekrutacja odbywa się według kolejności zgłoszeń. Obniżono także poziom nauczania, dostosowując go do możliwości tych najmniej zdolnych studentów. Znam to z własnego doświadczenia. Na mojej uczelni (jedna z poznańskich szkół, podobno - jak wskazują rankingi - najlepsza w Polsce zachodniej) na siłę starano się zapewnić minimum godzin wykładów przewidzianych w danym semestrze. Władze uczelni, uprzedzone o kontroli z ministerstwa edukacji, aby na moim roku była wymagana godzin zajęć, dołożyły wykłady z przedmiotu pn. wychowanie fizyczne (studiuję politologię). Zaskoczeni byli nie tylko studenci, ale także wykładowca. Przedmiot ten mieliśmy bowiem w poprzednim roku, tyle że pod nazwą promocja zdrowia. Miał to być przedmiot jednoroczny. Wykładowca, zupełnie nieprzygotowany na taki obrót sprawy, powtarzał nam to wszystko, o czym mówił poprzednio.

Kształcenie się jest bardzo kosztowną inwestycją. Prawdopodobnie jest to inwestycja najbardziej efektywna, przynosząca najwięcej korzyści. Ale czy w Polsce? Aby studiować, trzeba mieć pieniądze. Okazuje się, iż wykształcenie to luksusowy i drogi towar. Szczęśliwy, kto liczyć może na pomoc rodziców. Niestety, nie ma takich ludzi zbyt wielu. W porównaniu z okresem PRL-u zmniejszył się odsetek studentów dziennych. Obecnie na studia trzeba sobie samemu zarobić. Tak więc większość ludzi studiuje zaocznie, wieczorowo lub eksternistycznie. Podjęcie nauki na wyższej uczelni nie jest wcale równoznaczne z pewnością jej ukończenia. Niepewny rynek pracy, podlegający nieustannym zmianom, nikomu nie gwarantuje stałości zatrudnienia. Dziś masz pracę, a jutro rejestrujesz się w pośredniaku. Skąd wziąć pieniądze na kontynuowanie nauki?

Prywatne szkoły wyższe traktują studentów jak dojne krowy, stosując wobec nich szantaż ekonomiczny. Zazwyczaj w momencie rozpoczynania nauki czesne jest w miarę niskie. Stopniowo jednak jest podwyższane (możliwość taką dopuszcza regulamin finansowy uczelni). Kiedy ja zaczynałem studia, przez pierwszy rok płaciłem 303 zł. Natomiast w kolejnym roku zaserwowano mi dwie podwyżki. W semestrze zimowym płaciłem 340 zł miesięcznie, a w semestrze letnim muszę już płacić 388 zł. Co będzie dalej? Na innej poznańskiej uczelni mój kolega płaci czesne miesięczne w wysokości 450 zł.

Poszukiwanie pracy wiąże się, o czym wyżej wspomniałem, z pewnymi kosztami. Koszty te są tym większe, im dalej od wielkich miast mieszkamy. Znam to doskonale z własnego doświadczenia, gdyż mieszkam w odległości ponad 50 km od Poznania. W najbliższej okolicy beznadzieja, szanse na znalezienie jakiegokolwiek zatrudnienia są tylko w stolicy regionu. Poszukiwanie pracy ma mniej więcej następujący, kilkuetapowy przebieg, przy czym na każdym z tych etapów ponosi się określone koszty. Najwięcej ofert pracy zawiera poniedziałkowe wydanie "Gazety Wyborczej" (2 zł). Po wyszukaniu najbardziej odpowiadającej nam oferty, wysyłamy podanie - c.v., list motywacyjny i ewentualnie zdjęcie (cena znaczka 1,20 zł + koperta i papier). Swoją ofertę można wysłać też pocztą elektroniczną (trzeba posiadać własny komputer podłączony do Internetu lub udać się do kafejki internetowej). Zazwyczaj nie otrzymujemy żadnej odpowiedzi. Raz na jakiś czas zapraszani jesteśmy na rozmowę kwalifikacyjną. Aby dojechać do Poznania i z niego wrócić wydać muszę prawie 20 zł. Tam dowiadujemy się, że na 5 miejsc pracy zgłosiło się 30 chętnych. Mamy czekać na telefon. Gdy nam się poszczęści, zaproszeni zostaniemy na kolejną rozmowę. Kolejne 20 zł na przejazd. Gdy nam się wydaje, że pracę mamy w kieszeni, okazuje się...że jednak inni byli lepsi. I zaczynamy swoje poszukiwania od nowa. Jak długo tak można? Wszystko zależy od naszej silnej woli i szczęścia. Mogą być dwa efekty końcowe naszych poszukiwań: znajdujemy pracę lub się zniechęcamy. W pierwszym przypadku podejmujemy pracę i modlimy się, aby nie objęła nas redukcja zatrudnienia. W drugim przypadku są dwa warianty: zniechęcenie się destrukcyjne i zniechęcenie konstruktywne. W pierwszym wariancie tracimy nadzieję na znalezienie pracy. Popadamy w przygnębienie, aby zarobić parę groszy zbieramy butelki, makulaturę i złom lub wkraczamy na drogę kradzieży i rozbojów. Zniechęcenie konstruktywne wyzwala w nas dodatkowe siły i kieruje naszą aktywność w przeciwnym kierunku. Bierzemy los w swoje ręce. Jest to droga najtrudniejsza, ale w ostateczności gwarantująca sukces. Jest to droga dla ludzi odważnych, upartych, nie poddających się łatwo, samodzielnych i niezależnych. Tą drogą ja poszedłem. Mimo wielu trudności, nie zboczyłem na bezdroża.

Zasadniczym błędem wychowawczym popełnianym przez rodziców, jest wmawianie dzieciom, że muszą sobie znaleźć pracę. Często ucznia szkoły średniej pyta się, gdzie chce pracować. A dlaczego nie zapytać: czym chcesz się zajmować, jaki interes chcesz prowadzić? Bo przecież zamiast pracować u kogoś, możemy pracować u siebie. Uważam, iż myślenie o szukaniu sobie etatu jest pozostałością po okresie tzw. komuny. Wówczas ze znalezieniem zatrudnienia nie było kłopotów. Pracować musiał każdy, gdyż była to jedna z kardynalnych zasad ustroju socjalistycznego. Można też było sobie dowolnie zmieniać zakład pracy. W czasach PRL-u pracowało się u kogoś, gdyż wszystkie przedsiębiorstwa były własnością państwa. Państwo było też jedynym organem uprawnionym do zakładania podmiotów gospodarczych. Wszelka prywatna inicjatywa byłą bezwzględnie tępiona, pewne rozluźnienie przyszło dopiero w schyłkowym okresie Polski Ludowej. To komunistyczne myślenie jeszcze w wielu umysłach pozostało i jest przekazywane młodemu pokoleniu. Skutki są widoczne gołym okiem. Każdy szuka pracy, ale dlaczego nikt tej pracy nie tworzy? Mnie osobiście poszukiwanie pracy kojarzy się z poszukiwaniem pieniędzy na ulicy. Może kiedyś uda nam się znaleźć parę złotych. Podobnie jest z pracą. Generalnie nie ma sensu szukać czegoś, co nie istnieje. Można szukać czegoś, co się zgubiło. Może to znajdziemy. Ale przecież głupotą jest szukać czegoś, co zostało zniszczone, co nie istnieje. Tak właśnie jest z pracą w Polsce. Dlaczego mają być miejsca pracy, skoro nie ma zakładów pracy, skoro sprzedano lub doprowadzono do bankructwa przedsiębiorstwa i gospodarstwa rolne?

Aby praca była, trzeba ją sobie stworzyć. Kto ma to zrobić? Na pewno nie państwo, gdyż już kilkanaście lat temu zrezygnowało z aktywnej roli a gospodarce i wyzbyło się większości majątku. Nie można też liczyć na inwestorów zagranicznych. Zachodni kapitalista w pierwszej kolejności przeprowadza w kupionym przez siebie zakładzie redukcję zatrudnienia. W wielu zaś przypadkach likwiduje go, aby nie stanowił konkurencji dla jego firmy. Musimy zatem sami dla siebie stworzyć miejsca pracy, bez oglądania się na innych. Wiadomo, iż w obecnych warunkach jest to cholernie trudne. Osoby słabe psychicznie rezygnują już na starcie. Z własnego doświadczenia wiem, jak trudne jest założenie własnej firmy, a tym bardziej ogólnopolskiego czasopisma. Ale udało się, można zrealizować swój cel. Ktoś musi podjąć się tej pionierskiej pracy.

Euroentuzjaści przekonują młodzież, iż po akcesji będzie mogła poszukiwać pracy na terenie Unii Europejskiej. Jak dowiedliśmy w naszym raporcie "Praca w Unii" ("Narodowa Alternatywa", nr 4), Europa Zachodnia sama nie może sobie poradzić z narastającym bezrobociem. Eurofile poniekąd mają rację, będziemy mogli poszukiwać w UE pracy. Ale czy ją znajdziemy? Do tej pory pracodawcy w zachodniej części kontynentu chętnie zatrudniali przybyszów ze wschodu. Opłacało im się najmować do roboty na czarno, płacąc kilkakrotnie mniej, aniżeli obywatelom swoich państw. A czy teraz, ponosząc koszty narzutów na wynagrodzenia (podatek i ubezpieczenie społeczne) równie chętnie zatrudniać będą wschodnich Europejczyków?

Aby poszukiwać pracy w Unii trzeba mieć nieźle wypchany portfel. Poszukiwanie pracy w UE kilkakrotne (jeśli nie kilkunastokrotnie) przewyższa koszty poszukiwania pracy w kraju. Na sam dojazd do któregokolwiek państwa w UE trzeba wyłożyć parę stówek (proszę zapytać się np. na PKP). Pracy nie znajdziemy od razu, trzeba zatem będzie wynająć sobie jakieś lokum i gdzieś się stołować. A jaką gwarancję mamy, że w końcu uda nam się znaleźć zatrudnienie? I jaka to będzie praca: w biurze, szpitalu czy przy wywozie śmieci i podcieraniu staruszków w hospicjum?

A rodzina, dom? Zostawić to wszystko? Kiedy wróci się do domu? A może już zostanie się w zachodniej Europie na stałe? Gdzie i z kim młody człowiek założy rodzinę? We Francji, Hiszpanii, Holandii? Z Włoszką, Portugalką, Austriakiem, Belgiem? Jaka to będzie rodzina? Katolicka czy protestancka, a może ateistyczna? Jakie wartości będzie się w niej kultywować? Jaki efekt może dać połączenie pod jednym dachem cywilizacji łacińskiej z bizantyjską? Wszystkie te koszty należy brać pod uwagę.

Dlaczego mamy szukać pracy na Zachodzie Europy? Czy w Polsce nie ma już nic do roboty? W Polsce jest masa rzeczy do zrobienia, musimy nadrobić dystans cywilizacyjny i technologiczny, jaki dzieli nas od wysokorozwiniętych krajów. Porównajmy sobie Polskę z USA i Japonią. Dzieli nas przepaść. Kto ma te zaległości nadrobić, jeśli nie sami Polacy? Emeryci i renciści mają odbudować Polskę, skoro wypędza się młodzież w poszukiwaniu pracy w Europie? Czy w Polsce nie ma co robić? Z czego wynika bezrobocie, czyżby z tego, że już wszystko zostało zrobione? Ale młodych rodzin nie ma mieszkań? Ile kilometrów autostrad trzeba wybudować? Praca jest, problemem jest tylko płaca. Rozwiązaniem jest Kredyt Społeczny, ideę którego opiszę w jednym z najbliższych numerów.

W Polsce póki co mamy wszystkie szczeble edukacji bezpłatne (szkolnictwo prywatne jest tylko formą alternatywy). Większość dzieci uczy się w podstawówkach i gimnazjach publicznych. Koszt wykształcenia jednego człowieka jest trudny do oszacowania. Pewne jest, iż są to wielkie sumy. Dlaczego zatem Polska ma dostarczać Europie Zachodniej czy USA taniej i gotowej siły roboczej? Polska poniesie cały ciężar edukacji, a obcy przyjmą już gotowego pracownika? Co z tego Polska będzie miała, kto jej te koszty wróci? Przecież ci wykształceni w Polsce młodzi ludzie nawet podatki będą płacić do kasy obcego państwa. Czy biedną Polskę stać, aby robić ta drogocenne prezenty zamożnym państwom Zachodu?

Każdy kraj podnosi poziom szkolnictwa, buduje nowe szkoły itd. z myślą o własnej przyszłości. Silne, wielkie i zamożne państwo zbudować mogą tylko ludzie mądrzy i dobrze wykształceni. Jeśli pozwolimy, aby absolwenci wyższych uczelni, wybitni specjaliści opuścili nasz kraj, to pozostanie tylko kiepsko wykształcona szara masa. Czy tacy ludzie mogą uzdrowić Ojczyznę, postawić gospodarkę na nogi i zaprowadzić powszechny dobrobyt? Nie! Człowiek może mieć wiele dóbr materialnych, ale w wyniku własnej nieroztropności czy braku szczęścia cały swój dobytek może utracić. Nie straci tylko wykształcenia, którego nikt nie jest w stanie mu odebrać. Podobnie jest z państwem. Może ono stracić fabryki, banki itd. Ale przecież może zbudować nowe i to jeszcze nowocześniejsze. Ale musi mieć wysokiej klasy specjalistów. Gdy będzie miała zwykłych wyrobników, może co najwyżej postawić szałas. O wiele łatwiej i taniej jest zbudować nowy budynek, aniżeli wykształcić dobrego fachowca.

Pracy pod dostatkiem mamy u siebie w kraju. Młodzi i wykształceni Polacy muszą pracować przy wznoszeniu gmachu Wielkiej Polski, a nie wysługiwać się panom z Unii Europejskiej i USA.

[Aktualności] [Współczesność] [Dzieje] [Kultura] [Wiara] [Hobby]
(c) 2000-2009 Patriota.pl. Wszelkie przedruki za zgodą redakcji.

Profesjonalne statystyki odwiedzin